Klub Kibica: Byliśmy, jesteśmy, będziemy…

Klub kibica to „serce każdej drużyny”. W Sopocie funkcjonuje on od bardzo dawna. Czas przybliżyć jego dzieje.

Zapraszam do rozmowy z osobami, które stanowią trzon sympatyków naszej drużyny. Mam tu na myśli Macieja Liss oraz Pawła Olejnik (znanych również jako Lisek oraz Olej), którzy odpowiednio 18 i 15 lat kibicują zespołowi Trefla – a dokładniej mówiąc – napędzają całą publikę w hali!

Od wielu lat jesteście związani z sopocką koszykówką. Jakie były wasze początki? A może ktoś was zaraził pasją do tego sportu?

M.L: Moja przygoda z koszykówką rozpoczęła się od oglądania nocami NBA w telewizji oraz zwykłej podwórkowej gry w kosza. Z kolei historia z Treflem rozpoczęła się od… przeczytania w Bravo Sporcie artykułu o prezentacji zespołu (śmiech). Akurat wypadło to w moje urodziny i namówiłem mamę na wspólny udział. A potem było już tylko z górki.

P.O: U mnie wyglądało to w ten sposób, że kibicować zacząłem tak naprawdę na Lechii Gdańsk. Od małego miałem sport we krwi, sam trenowałem pływanie, interesowałem się wszelkiego rodzaju sportem, wiadomo, głównie piłką. Bodajże jakoś w 4 klasie wujek zabrał mnie na mecz piłkarski Lechia – Kaszuby Połchowo (bilet gdzieś mam do dziś) i tak to się zaczęło. Złapałem bakcyla i jakoś poszło. Koszykówką jakoś mocno się wtedy nie interesowałem. Oczywiście do czasu. W gimnazjum miałem kolegę w ławce, który chodził na Prokom Trefl Sopot. Jeden z weekendów mieliśmy zawody na pływalni w Sopocie (tuż obok hali) i kolega powiedział, że ma wolny bilet i zaproponował wspólne wyjście. Pierwszy mecz jaki widziałem graliśmy z Czarnymi – Jeff Nordgard trafiający trójkę z połowy na koniec drugiej kwarty. Pamiętam jakby to było dziś. Powoli kumpel wkręcał mnie w Klub Kibica. Na początku staliśmy z boku sektora. Z czasem Lisek i reszta ekipy zachęciła nas bardziej do prowadzenia dopingu. Widzieli, że dajemy z siebie dużo i chyba dlatego z czasem jakoś to wszystko poszło do przodu. Kibicowanie to niezwykła  pasja. Najwięcej zawdzięczam Liskowi i Jordanowi (Patryk Smoleń). To co się przeżywa na wyjazdach, meczach u siebie, zwycięstwa (głównie derby, Anwil i finały), porażki, mistrzostwa – nie do opisania, tych przeżyć nikt mi nie zabierze. Przy okazji dochodzi do tego znajomość z wieloma zawodnikami, którzy w większości okazują są normalnymi gośćmi i można z nimi o wszystkim pogadać.

Jak wyglądał klub kibica dawniej, a jak obecnie? Co się zmieniło przez te lata?

M.L: Kiedyś klub kibica był zdecydowanie liczniejszy. Wynikało to z prostej zasady, że ludziom zależało na tym żeby do niego należeć, mimo że trzeba było ciężko na to zapracować. Nikt nie miał taryfy ulgowej, samemu trzeba było kupować bilety, jeździć na wyjazdy, głośno dopingować zespół. A to był dopiero początek do tego aby aspirować do członkostwa w klubie kibica. Bywało tak, że musiałem wstawać o 5 rano aby zdążyć kupić bilety na play-off. Tak duże było zainteresowanie koszykówką w mieście! Pamiętam, że zrezygnowałem z udziału w weselu wujka, aby tylko być na meczu naszej drużyny. Na szczęście wujek zrozumiał (śmiech).

P.O: Klub kibica był swego rodzaju „elitą”, do której każdy sympatyk chciał należeć. Oczywiście o członkostwo trzeba było mocno się postarać. Niestety teraz czasy się zmieniły. Teraz to my musimy się prosić o kibica i zachęcać go nawet do samego przyjścia na mecz. Przykład? Proszę bardzo ostatni mecz z Anwilem pokazał, że zdecydowanie łatwiej i prościej oglądać mecz z domowej kanapy. Chwilę przed rozpoczęciem spotkania nasz Klub Kibica liczył max 15 osób. A kiedyś? Już pół godziny przed spotkaniem przeciwko drużynie z Włocławka hala była pełna, a my mieliśmy zdarte gardła (śmiech). Takie były wtedy emocje.

Z tego co widzę swój doping dodatkowo wzmacniacie bębnem. Sam kiedyś próbowałem swoich sił na tym instrumencie, ale łatwo nie było. Jak wy dajecie radę? Jakoś specjalnie się przygotowujecie?

M.L: Powiem szczerze, że jak wpadniesz w wir kibicowania, to są tak duże emocje, że nie czujesz żadnego wysiłku w trakcie spotkania. Czasami ręce bolą dopiero po meczu, ale przynajmniej wiesz, że było warto.

P.O: Bycie „bębniarzem” to naprawdę nic trudnego. Wystarczy mieć trochę poczucia rytmu i każdy może nim zostać. Poprzez uderzanie w bęben dodatkowo chcemy zagrzać „publikę” do głośnego dopingu. Nie ma co ukrywać, że niesie to nie tylko nas, ale przede wszystkim naszych zawodników. Z drugiej strony można na to spojrzeć, jak na darmową siłownię (śmiech).

Gdzie łatwiej prowadzić doping w Hali Stulecia Sopotu czy Ergo Arenie?

M.L: Nie ma co ukrywać, że zdecydowanie na hali Stulecia Sopotu. Zobacz, że na starym obiekcie przyjdzie 2 tysiące ludzi i hala jest praktycznie pełna. To symboliczne miejsce, gdzie czuć atmosferę koszykówki.

P.O: Z jednej strony fajnie tutaj wracać, jednak to w Ergo Arenie były pamiętne spotkania z Arką Gdynia (ponad 10 tysięcy kibiców-rekord ligi) czy z Czarnymi  Słupsk (ponad 6 tysięcy kibiców), gdzie spotkania te były prawdziwym świętym koszykarskim na skalę krajową. Z drugiej strony nie ma co ukrywać, że koszykarze w Hali Stulecia Sopotu nie czują się zbyt dobrze. Na co dzień trenują w Ergo Arenie i to tam właśnie są prawdziwymi gospodarzami.

Kto może wstąpić do Klubu kibica? Gdzie się powinien udać?

M.L: Generalnie zapraszamy każdego, kto chce spróbować swoich sił. Najlepiej podejść do nas i zobaczyć jak to wygląda. Jeżeli ktoś zdecyduje się wstąpić do naszego stowarzyszenia to będzie musiał jedynie opłacić symboliczną składkę członkowską.

P.O: Składki zbieramy po to, aby przede wszystkim wzbogacić nasze oprawy, które mają na celu uatrakcyjnić doping. Dodatkowo zebrane pieniądze pozwalają ograniczyć koszty ewentualnych wyjazdów na mecze naszej drużyny.

Muszę zapytać o 2009 rok, gdyż wtedy miało miejsce ważne wydarzenie w trójmiejskiej koszykówce. Jak pewnie doskonale pamiętacie doszło do rozłamu, w wyniku którego powstało Asseco (Arka) Gdynia oraz Trefl Sopot.  Jak oceniacie z perspektywy czasu to wydarzenie? Dlaczego zdecydowaliście się pozostać przy Treflu?

M.L: Uważam, że rozegrane dotychczas sezony, zdobyte mistrzostwa, tradycje a przede wszystkim żółto-czarne barwy dotyczyły zawsze wyłącznie drużyny z Sopotu. Trefl od dawien dawna należał do kibiców, którzy utożsamiali się z sopocką koszykówką, praktycznie od początków istnienia tego klubu. Ja osobiście pamiętam czasy, kiedy mecze rozgrywane były jeszcze przy kortach tenisowych. To kawał wspaniałej historii, która zawsze była i będzie dotyczyła wyłącznie sopockiej koszykówki.

P.O: Wyobraź sobie, że nagle ktoś wymyślił sobie hasło pod tytułem „przenosimy drużynę do Gdyni”.  Mając „kasę” kupił drużynę nie patrząc na tradycję i historię. Większość sopockich kibiców sympatyzuje z Treflem od dawna pamiętając jeszcze czasy drugiej ligi. I nagle to przestało się liczyć? Stworzono sztuczny twór, za którym przemawiały wyłącznie prywatne interesy.

M.L: Patrząc na to całe zamieszanie z perspektywy czasu, mimo że zaczynaliśmy praktycznie wszystko od nowa, Trefl zajął wtedy wysokie 4 miejsce w lidze. To pokazało ducha sopockiej koszykówki, która po takim ciosie po prostu powstała.  Co prawda dużo dała dzika karta dla naszej drużyny, jednak osobiście myślę, że lepiej byłoby chyba zacząć od 2 ligi. Taka sytuacja  pokazałaby kto jest z klubem na „dobre i złe”, ponieważ dużo łatwiej oglądać Trefla występującego w ekstraklasie niż w niższej lidzie.

To niewątpliwie ważne wydarzenie dotyczące koszykówki w Sopocie. Zauważyliście duży odpływ kibiców do drużyny z Gdyni?

M.L: Niestety bardzo dużo osób odeszło w tamtym okresie z klubu kibica, ale na szczęście mała grupka z nich dołączyła do rywala „zza miedzy”. Kolejna część ludzi postanowiła dalej sympatyzować z Treflem, ale obserwując to wszystko z boku, jako zwykli kibice.

P.O: Wiesz, to nie jest tak, że ludzie się od nas odwrócili. Cały czas mamy dobry kontakt ze sobą, nawet z osobami, które wybrały Arkę Gdynia. Po prostu my jesteśmy przywiązani do żółto-czarnych barw, pewnej historii oraz tradycji.

Jak w każdym środowisku kibicowskim występują tzw. kosy oraz zgody. Jak to jest w waszym przypadku? Jakie mecze najbardziej was nakręcają?

M.L: Kiedyś zdecydowanie najbardziej „elektryzowały” nas derby Pomorza z Czarnymi Słupsk oraz spotkania z Anwilem Włocławek. Natomiast w obecnych czasach skupiamy się przede wszystkim na pojedynkach z Arką Gdynia. Jeżeli chodzi o zgody, nigdy takowej nie posiadaliśmy. Jednakże mieliśmy bardzo dobre relacje m.in. z kibicami AZS-u Koszalin (swego czasu była nawet wspólna flaga). Pozytywnie oceniam również nasze spotkania oraz wspólne ogniska z kibicami ze Zgorzelca czy Ostrowa Wielkopolskiego.

P.O: Jak wspomniał Maciek swego czasu mieliśmy bardzo mocną rywalizację z drużyną Anwilu. Pamiętam, że do Włocławka wjeżdżaliśmy pod sam stadion w asyście eskorty policyjnej. Taka była wtedy rywalizacja między naszymi drużynami. Jeżeli chodzi o współczesne czasy zawsze powtarzam, że Trefl może spaść do niższej ligi, ale gdy pokona Arkę Gdynia reszta nie ma znaczenia (śmiech).

Kogo z obecnego składu naszego zespołu darzycie największą sympatią?

M.L: Zdecydowanie kapitanów naszej drużyny Marcina Stefańskiego oraz Pawła Leończyka. Z całą pewnością niezwykle sympatyczną osobą wydaje się być też Vernon Taylor, który podejdzie, pożartuje i ogólnie uśmiech chyba na stałe gości na jego twarzy. Piotr Śmigielski to bardzo fajny człowiek, który również długo jest związany z naszym zespołem.

P.O: Warto też wspomnieć o zawodnikach, którzy już w Treflu nie występują. Mimo wyjazdów do innych klubów cały czas o nas pamiętają. Do takich zawodników należą m.in. Artur Mielczarek, Nikola Marković, Filip Dylewicz oraz obecnie trener Anwilu Igor Milicić. Wszystkim im życzymy jak najlepiej, nawet jeżeli występują w drużynach, za którymi nie przepadamy (śmiech).

Panowie, na koniec zapytam o obecną formę Trefla. Jak ją oceniacie?

M.L: Powiedziałem sobie, że mecz z Rosą Radom zweryfikuje naszą drużynę. Niestety jak wiemy przegraliśmy. Uważam, że skład mamy na szóste miejsce w lidze, ale urazy i słaba rotacja powoduje, ze jesteśmy gdzie jesteśmy.

P.O: Myślę, że do każdego spotkania powinniśmy podchodzić tak samo. Niestety brak koncentracji powoduje, że nasza sytuacja obecnie jest kiepska. Potrafimy zagrać bardzo dobry mecz z Polskim Cukrem, a za chwilę mamy problemy w meczu, mimo że rywal jest w naszym zasięgu. Jako wierni kibice liczymy, że nasza drużyna się w końcu przełamie. Dlatego tym bardziej zapraszamy wszystkich do wspólnego kibicowania.

A ja się do tego zaproszenia dołączam i dziękuję za rozmowę!

foto:treflsopot.pl

Previous Article
Next Article

3 Replies to “Klub Kibica: Byliśmy, jesteśmy, będziemy…”

  1. Puzzel

    Świetny wywiad, Panowie oby tak dalej, szacunek za wysiłek, jaki wkladacie w ten klub. Warto dodać, że klub kibica w Ergo jest większy, niż w Hali przy Goyki…. Przed derbami może, jakieś plakaty, by ludzie przyszli na hale? Proste wersję takowych mógłbym przygotować…. Maila znajdę rozumiem na stronie….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jestem z #sercemsopotu

Następny mecz

Liderzy drużyny

Licznik wejść